Luke Barrett: Lubię nastawiać się na walkę

Opublikowano: 3 października 2025

Jakich piosenek słucha przed każdym meczem? Czym różni się koszykówka uczelniana od europejskiej? Przed rozpoczęciem sezonu 2025/2026 rozmawiamy ze skrzydłowym AMW Arki, Lukiem Barrettem. 

 

Debiutujący w Europie Amerykanin w czwartek niedawno obchodził 24. urodziny. Powodów do świętowania miał jednak więcej – imponował doskonałą formą w sparingach, dając się poznać jako waleczny i zadziorny gracz o sporej uniwersalności. Niebawem rozpocznie w barwach AMW Arki pierwszy zawodowy sezon na Starym Kontynencie. Poznajcie historię Luke’a Barretta.

Luke, zbliżasz się do dwóch miesięcy pobytu w Gdyni. Jak podoba Ci się miasto?

Jest naprawdę piękne. Pogoda przypomina mi Kalifornię!  Jeszcze nie miałem okazji, by dokładnie zwiedzić całą okolicę, ale widziałem kilka urokliwych plaż, próbowałem smacznego jedzenia, a ludzie dookoła są życzliwi. Pierwsze tygodnie w Gdyni zapamiętam fantastycznie.

Gdynia to polska Kalifornia?

Zgadzam się. Mieszkałem w północnej części Kalifornii, skąd do morza było trochę daleko – dalej niż chociażby z San Diego – ale zdecydowanie czuję tu podobny vibe.

To Twój pierwszy raz w Europie?

Nie, w przeszłości odwiedziłem kilka krajów podczas wakacji.

I jak na ich tle wypada Polska?

Jest w czołówce. Szybko stała się jednym z moich ulubionych krajów. W wielu miejscach spotyka się mnóstwo turystów, ale Gdynia wyróżnia się spokojem, luzem i poczuciem bezpieczeństwa.

Czy zdążyłeś już zauważyć jakieś różnice kulturowe między Polską a Stanami Zjednoczonymi?

Ciężko powiedzieć. Potrzebuję jeszcze trochę czasu, by je w pełni zauważyć. Mocno odczułem zderzenie z barierą językową. Polski jest bardzo trudny, aczkolwiek staram się łapać podstawowe zwroty, oczywiście z pomocą kolegów. Na ten moment nie widzę wielkich różnic w codziennym życiu – ogólny klimat jest podobny.

Wielu zawodników debiutujących w Europie mówi też o zderzeniu z tutejszym stylem gry, poziomem fizyczności czy zespołowości. Jak w Twoim przypadku wyglądał proces adaptacji do naszych warunków? To zupełnie inne wymagania niż w USA?

Szczerze? Pewnie nie każdy się ze mną zgodzi, ale póki co wiele aspektów pokrywa się z tym, co prezentowaliśmy w college’u. Styl gry Saint Mary’s był bardzo zbliżony do tego, który teraz stosujemy w Gdyni – podobne zasady w defensywie, a w ataku nacisk na drużynowość, dzielenie się piłką. Uważam wręcz, że po przyjściu do AMW Arki mogę grać jeszcze szybciej i częściej podejmować pojedynki 1 na 1. W college’u nie forsowaliśmy tempa, często zdobywaliśmy po 60-70 punktów w meczu, a należy pamiętać, że w NCAA czas na akcję wynosi 30 sekund. Europejska koszykówka wydaje mi się bardziej dynamiczna, choć moim zdaniem poziom fizyczności i przygotowania taktycznego nie odbiega od standardów NCAA.

Wiele osób zapewne postrzega amerykańską koszykówkę przez pryzmat NBA, gdzie normą są wysokie wyniki. 

College potrafi być zupełnie inny. Moim zdaniem NCAA jest znacznie bliżej europejskiej koszykówki niż NBA.

Chciałbym porozmawiać o Twoich początkach z koszykówką. Pamiętasz, od czego wszystko się zaczęło?

Tak! Zacząłem grać w koszykówkę w wieku 6 lub 7 lat. Chciałem podążać ścieżkami mojego starszego o dwa lata brata, któremu szło naprawdę znakomicie. Grałem nawet w jego drużynie, bo w mojej grupie wiekowej jeszcze nie było zespołu.

Ile stoczyliście rodzinnych pojedynków 1 na 1?

Tysiące. Ale nie szło mi w nich najlepiej (śmiech). Nie wygrałem ani jednego do 18. roku życia. To mnie zahartowało.

Dzięki temu stałeś się lepszym?

Zdecydowanie. Gra 1 na 1 rozwija, zwłaszcza jeśli masz naprzeciw siebie starszego brata, który jest od ciebie wyższy i silniejszy. To szkoła kreatywności. Musisz próbować nowych rzeczy. Każdy rzut oddajesz z ciężkiej pozycji, dzięki czemu siłą rzeczy stajesz się mocniejszy. Te mecze bez wątpienia uczyniły mnie lepszym koszykarzem.

Z czasem trafiłeś do Piedmont High School, twoja kariera nabrała rozpędu, byłeś liderem drużyny. Co przychodzi Ci na myśl, gdy słyszysz „szkoła średnia”?

Jak bardzo kochałem tę społeczność i grę w liceum. Mam z tego okresu masę pozytywnych wspomnień. W młodości regularnie chodziłem na mecze Piedmont, gra dla tej drużyny napawała mnie dumą. Dorastałem w małym miasteczku więc wszyscy się znali – poza boiskiem byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Pamiętam zwycięstwo w rozgrywkach North Coast Section, wspólne świętowanie. Czy byłem liderem? Raczej jednym z liderów. Mieliśmy bardzo dobrze zbilansowany skład, wielu z nas później grało w college’u.

Sam wylądowałeś na renomowanej uczelni Saint Mary’s. Jaką lekcję wyniosłeś z pięcioletniej przygody w NCAA?

Nauczyłem się robić wszystko, aby dążyć do celu i wygrywać za wszelką cenę. W szkole średniej z reguły uznawano mnie za jednego z najlepszych, po prostu wychodziłem i grałem. W college’u wyglądało to zupełnie inaczej – nie byłem wystarczająco dobry, by z miejsca decydować o obliczu drużyny. Musiałem znaleźć sposób na wywalczenie sobie minut poprzez agresywną obronę, walkę o bezpańskie piłki czy trafianie rzutów. Chciałem sprostać potrzebom zespołu, robić na dobrym poziomie to, co pomoże mu wygrać. W taki sposób rosłem w swojej roli.

W poprzednim sezonie rozegrałeś dokładnie 1277 minut. To czwarty najwyższy wynik w historii Saint Mary’s w pojedynczym sezonie. Twoja wytrzymałość to efekt wzmożonych treningów czy coś, z czym zwyczajnie trzeba się urodzić?

Jedno i drugie. W ostatnich latach mocno pracowałem nad przygotowaniem fizycznym, szczególnie w przerwach między sezonami. Biegałem niemal codziennie, czasem aż do granic możliwości. Dzięki temu czułem się gotowy na tak duże obciążenia.

Pasuje Ci określenie „glue-guy”?

Jestem z tego dumny! Każda drużyna potrzebuje takich zawodników.

Jakie masz oczekiwania przed pierwszym profesjonalnym sezonem w Europie? Rozmawiałeś o tym z kimś, kto grał w Polsce?

Tak, jeden z moich asystentów w Saint Mary’s, E.J. Rowland, kilka lat temu grał w polskiej lidze. Wielu moich kolegów gra zawodowo w Europie, ale szczerze mówiąc, nie mam konkretnych oczekiwań. Wiem, że sezon jest długi, a codzienne życie trochę inne niż w USA. Przygotowuję się na to.

Masz swoje przedmeczowe zwyczaje lub rytuały?

W college’u przed każdym meczem słuchałem dwóch piosenek: „Hell’s Bells” od ACDC i „Joker and the thief”. To rockowe, energetyczne kawałki, które wprawiały mnie w agresywny nastrój. Raczej nie jestem typem zawodnika przygotowującego się do meczu w ciszy. Lubię nastawiać się na fizyczną walkę.

Koledzy z drużyny nazywają Cię „rookie”?

Zdarza się, aczkolwiek traktują mnie jak pełnoprawnego członka zespołu, bez żadnych „chrztów”. One są zarezerwowane dla młodszych ode mnie (śmiech).